Z pokorą dla życia

Czym jest życie? Poco jest życie w ludzkiej formie istnienia? Jak często nachodzą nas myśli, poco ja tutaj jestem? W nagrodę, czy może za karę? Jeśli w nagrodę, to czemu takie ciężkie i pełne problemów? A jeśli za karę, to w czym zawiniłem, że inni mają lepiej? Skąd bierze się takie rozwarstwienie, biorąc pod uwagę status społeczny, zamożność, narodowość, a nawet płeć, której możemy pozazdrościć innym?

W każdym sposobie analizy tego, czym jest życie, możemy pozazdrościć tego, kim nie jesteśmy. Albo wybrać odwrotną stronę, żeby z radością realizować to, kim jestem. Zrozumieć swoją drogę życiową i z radością zmierzać ku jakiemuś celowi, wyznaczonemu przez sam fakt zaistnienia.

Zaistnienia czego? Pytasz się być może. Wtedy przychodzi ci do głowy jakieś imię, nazwisko, data urodzenia. Także płeć i jakiś status społeczny, który kryje się pod twoją osobowością. Ale czy tym wszystkim jestem? Przecież musi być jakaś głębsza idea tego zaistnienia.

Jestem tutaj w nagrodę czy za karę? Dobija się natrętna myśl. Wreszcie jak poradzić sobie z myślami, które wciąż analizują moje miejsce wśród pozostałej części społeczności. Czy to dobrze, czy źle, że jestem tu gdzie jestem?

Duchowość

Duchowa sfera człowieka też ma coś do powiedzenia. Jednak dopiero, gdy nauczymy się jej słuchać, pożytek zaczyna być wymierny. Nie tylko wymierny w kwestii rozpoznanego głosu sumienia, albo intuicji. Także w kwestii konstruktywnej eksploatacji swojej osobowej formy dla potrzeb duszy. Tego nadrzędnego celu, po który duchowa forma schodzi do ziemskich zmagań. Przyjmuje ciało, aby w zapomnieniu swej prawdziwej tożsamości, sprawdzić swoje nabyte umiejętności. Umiejętności w krzewieniu miłości. Ponieważ to miłość jest tym ideałem, który łączy wszelkie istnienia w Boskości.

Skoro wszystkie wyodrębnione, duchowe istnienia, pochodzą z tego samego Źródła, czyli Boskości, to powrót do Źródła jest tą najwyższą ideą. Ideałem możliwym jedynie za sprawą bezwarunkowej miłości.

Bo czymże jest idea miłości, zapytałby ktoś. Idea miłości to nic innego jak dawanie, bez oczekiwania na zwrot. Boska miłość bezwarunkowa, właśnie na takich fundamentach została postawiona. Nie inaczej.

Pół żartem

Dzisiejszy dzień to podwójne święto. Na pewno nie często się zdarza, żeby w ważnym dniu dla wyznawców chrześcijaństwa wypadło prima aprilis. Dlatego też utrzymując nutę, pół żartem i pół serio, pofantazjuję sobie wokół hipnozy.

Sama hipnoza jako zjawisko, dla jednych ludzi trąca magią. Wydaje się ona czymś niedoścignionym, może nawet niepojętym skąd wieje grozą. Dla innych ludzi może jawić się obojętnym zjawiskiem. Podobnie jak języki obce. Wiemy, że istnieją, ale nie mamy potrzeby, aby je rozumieć, albo uczyć się każdego z osobna.

Ktoś inny mający szersze pojęcie na temat stanów świadomości, uśmiechnie się dobrotliwie i powie: „przecież doświadczasz tego codziennie”. Być może owo stwierdzenie wywoła zdumienie wśród adwersarzy, którzy nie zrozumieją jego słów. Jednak ten, nadal uśmiechając się, wyjaśni. „Każdy przecież doświadcza stanu czuwania i stanu snu”. Nikt chyba nie zaprzeczy, że przez oba stany świadomości przechodzimy każdego dnia. Zaś stan świadomości spomiędzy snu i jawy jest tym stanem, który zwiemy transem. Kiedy jeszcze, albo już, analityczny rozum jest uśpiony, lecz świadomość swojego „ja” jest przebudzona. Wtedy ów stan świadomości, bez obaw, możemy nazwać transem hipnotycznym.

Czy hipnotycznym? A to zależy, bo jeśli sam wywołasz i utrzymasz taki stan świadomości, wtedy nazwij go autohipnozą. Na tym też polegają wszelkie metody medytacyjne, oraz transy samo naprawy lub samo uzdrawiania.

Jestem

Jestem… Kim lub czym jestem? Co sobą reprezentuję? Jaki zysk przynoszę memu otoczeniu, rodzinie, najbliższym, a także narodowi i ludzkości.

Jestem drobiną, czy wszystkim kim potrzebuję być? Alfą i omegą, czy zagubionym pyłkiem w kosmosie?

A może to ja stanowię o tym, czym w istocie jestem? Może moje myśli, działanie i samoświadomość tworzy mnie samego? Czy jest możliwe, że to ja decyduję o tym kim jestem?

Albo inaczej… Dostałem ciało, czy jestem moim ciałem? Skąd przychodzę i dokąd zmierzam, to odwieczne pytania o byt samego siebie. Czy ja jestem moim ciałem, czy ja mam moje ciało? Odpowiedź wydawać się może prosta. Ponieważ, gdy jestem moim ciałem, to moje „ja” przepadnie wraz ze śmiercią mego ciała. Wtedy „ja” – to kim jestem – stanie się niebytem. Czyli nicością.

Ale załóżmy, że moje „ja” przekracza i zawiera w sobie świadomość cielesną, zgromadzoną na przestrzeni mego żywota. Wtedy owo „ja” nie ginie, a to by znaczyło, że istnieje jakieś większe „JA”, które posiada ciało. Wtedy owo „JA”, po śmierci ciała, zabiera to, co zgromadziło przez, średnio, kilkadziesiąt lat.

A co jeśli?

Ja nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale chyba większość ludzi ma podobne doświadczenia. Otóż od dziecka zadajemy sobie pytania, które mogą, jeśli chcemy, towarzyszyć nam do końca życia.

Będąc dzieckiem zastanawiamy się, co by było, gdybym urodził się odmiennej płci? Czy wtedy rodzice byliby ze mnie zadowoleni? A jeśli urodziłbym się w innej rodzinie, czy rodzice byliby dla mnie lepsi, czy gorsi? Czy miałbym lepiej gdyby byli bogatsi, wyżej wykształceni, albo mieszkali w większym mieście?

Wiek szkolny nie umniejsza, lecz poszerza listę dylematów młodego człowieka. Tutaj porównujemy siebie z dużo większą grupą rówieśników.  Zastanawiamy się wtedy, czy oni mają lepiej ode mnie, czy są zdolniejsi, bardziej pracowici? Zaczynamy odróżniać charaktery „kujonów” i frywolnych, którym wszystko łatwo przychodzi. Zastanawia nas własne miejsce w szeregu różnic charakterów, majętności czy błyskotliwości w przewidywaniu.

Stając się starszym, dostrzegamy coraz szersze pole wyborów dla swojej przyszłości. Rodzą się dylematy związane z wyborem zawodu, rozrywek i upodobań. Dochodzą zajęcia ponadprogramowe, otwierające jakieś możliwości realizowania innych swoich zdolności.